Przewodnik 'survivalowy' dla katolika.

6 lipca 2021 | Analizy

Z jednej strony, prawy prosty od ideologii neomarksistowskiej, z drugiej świrdemia, żyjesz w szpitalu psychiatrycznym, wokół ciebie świry bojący się wyczarowanego zagrożenia, z trzeciej totalitaryzm wprowadzany pod płaszczykiem zdemonizowanego „kolczatka”, z czwartej zbiór herezji tj. modernizm w Kościele, promowany przez „pachamamowy” Rzym i zagubionych pastorów podszywających się pod katolickich księży jak o. Recław, o. Szustak, bp Ryś, obok niebezpieczni przebierańcy z satanistycznych sekt jak Bethel Church-  Zieliński – zbijający na zwiedzionych złote kokosy, a na koniec monstrualny kryzys wiary katolickiej. Ludziom się bowiem wydaje, że wiara to wzywanie Pana śpiewem, taniec wokół ołtarza, trzymanie się za rączki przy stoliku na ołtarzu, pusty sentymentalizm, gitarka przy świeczce, wznoszenie rąk, okrzyki, wielbienie jakiegoś ducha, bo na pewno nie Ducha św. Najważniejsze to CZUĆ się dobrze i przyjemnie, utożsamiają i mylą swoje przeżycia emocjonalne z modlitwą, wiarą i postępem duszy ku świętości, a są od niej coraz dalej. Dziś wszystko jest grą na emocjach, manipulacją, tam gdzie są emocje tam nie ma rozumu. Owszem emocje towarzyszą nam w życiu i są ważne, ale w modlitwie, relacji z Bogiem, emocji należy unikać jak ognia- nauczali najwięksi Doktorzy i Mistycy Kościoła, m.in. św. Tomasz z Akwinu, św. Jan od Krzyża, św. Teresa z Avila, bo na nich żeruje zły duch. Ale co mnie tam jakiś przedpotopowy Święty, dziś jest wiara, dziś to my się modlimy dobrze, a na pewno lepiej!

Zmysłowość to najniższa sfera duszy ludzkiej, to najniższa władza potrzebna by okazywać ludziom uczucia, wyrażać co czujemy na poziomie ludzkim i otrzymywać od organizmu informację o sobie, o tym co przeżywamy na codzień, jak np. gniew, zazdrość informujące o głębszych problemach. Emocje są wyrazem uczuć. I tyle. W modlitwie zupełnie zbędne i wysoce niebezpieczne. W psychologicznym aspekcie, uczucia spełniają niezastąpioną rolę, ale nie w modlitwie przed Bogiem, nie w trakcie publicznego kultu Bożego, nie w Kościele, Domu Bożym. To niegodne, niepoważne, zakłamane, powierzchowne, infantylne, banalne i sekciarskie, bo oparte na chwilowych, enigmatycznych, ulotnych doznaniach. Jeśli nakażesz wiernym tańcem wielbić Boga, śpiewać sacrosongi, uprawiać  kołysanie, gitarowe przyśpiewki rodem z protestanckiego kina familijnego, to nie tylko nic to nie wniesie w życie duchowe, bo odbywa się poza duszą, na jej nizinach, ale wstrzyma zupełnie postęp duchowy. Jedyny realny postęp duchowy – jak naucza Kościół – ma miejsce poprzez pracę nad uprawą cnót, wyrabianiem cnót niczym praca nad kwiatami w ogrodzie. Postęp zobaczysz tylko poprzez tytaniczną pracę umartwiania zmysłów, pożądań, potrzeb cielesnych, umartwienia ciała, tak by dusza była królową ciała, a nie popędy sterowały duszą. Modlitwa odbywa się na poziomie duchowym, posiada wymiar kontemplatywny. A emocje zaciemniają obraz Boga, zakłamują go, utrzymują poza miejscem spotkania z Bogiem, który czeka w głębi duszy. Pokażcie choć jednego świętego, który emocjonalnie modlił się i czcił Boga, pokażcie jednego męczennika, który na emocjach budował wiarę gotową na tortury – gdyby na uczuciach budował wiarę, zwiałby przed śmiercią w gotującym oleju. Zobaczmy Maryję w Wieczerniku, która podczas Zesłania Ducha św. zanurzona była w najgłębszej ekstatycznej modlitwie w dojmującej ciszy. 

Rozmowa z Bogiem – nauczają Ojcowie Kościoła- to spotkanie dwóch dusz, Boga z człowiekiem. To nie nam ma się podobać modlitwa, ale Bogu, to nie my mamy czerać z niej przyjemność, ale Pan Bóg, to Jego mamy zadowalać nasza walką duchową,  bojowaniem o skupienie, cierpliwość, wytrwałość. Dzisiejsze wspólnoty ładują akumulatorki wiernych, wmawiając że wiara sprowadza się do czerpania korzyści, cudów, wora uzdrowień od Mikołaja, bo nam się należy zdrowie, życie, wyrabiają postawę roszczeniową, nastawioną na odbiór dóbr. Katolik liberalny opiera „modlitwę” na koncertowych protestanckich śpiewach, mantrach, rozczulających serce melodiach, na krzyku, wołaniu, fałszywym darze języków, które są paplaniną sylab i słów, a nie darem języków Apostołów, którzy realnie posługiwali się wieloma językami, by porozumieć się z obcokrajowcami. Modlitwa spłycona jest do przyjemności, którą masz odczuwać na spotkaniach „uwielbieniowych”, tam ma być miło, „fajnie”, przyjemnie”, klimatycznie, bylebyś nie zdawał pytań, nie szukał rozumowo prawdy, bylebyś zadowolił się wydmuszką modlitwy na protestancką modłę. Bylebyś nie odkrył prawdy katolickiej wiary, jej powagi, dostojeństwa, piękna i jej serca- Mszy katolickiej.

Sekty zawsze czynią to samo- pompują emocje, nakręcają ludzi do stanów uniesień, wprowadzają elementy rozrywkowe, fajerwerki, byśmy na fali emocjonalnych uniesień czuli, doznawali jak na rollercoasterze. A Boga się nie doznaje, nie czuje, a poznaje i miłuje czynem i prawdą. Nie gadaniną, hałasem.. Prawdę  jedynie poznaje się rozumem i wolą, najwyższymi władzami duszy. Gdy poddany jesteś manipulacji „uzdrowiciela”, „księdza pastora” zwodzącego biedne dusze, wówczas nabuzowany „pozytywną energią” szybko wracasz do stanu pustki, do poprzedniego smutku, szarej prozy, dlatego uzależniony od emocjonalnych wibracji w kościołach nieustannie do nich wracasz i ładujesz baterie, ponieważ od Boga umiesz tylko brać. Ale dać ofiarę z siebie, swoje cierpienie, umartwienie, pokutę, modlitwę na kolanach, to już za dużo dla liberalnego katolika. Takie rzeczy to tylko w średniowieczu, albo u „naiwnych” małych dzieci z Fatimy. My katolicy kościoła posoborowego, przeżywamy wiarę lepiej, po swojemu upodabniając się do naszego wzoru- wspólnot protestanckich, wiecznie optymistycznych. Kościół nie będzie nas uczyć jak wierzyć. Protestanci to robią znacznie fajniej, jest luksusik, optymizm, zero wymagań, terapeutyczne, psychologizowane spowiedzi, miła atmosferka po Mszy przy stole, wino, chlebek do rąk i jest super. Po co jakieś cierpiętnictwo widzących z Fatimy, o. Pio, św. Franciszka? To nie dla mnie, te nudne, mechaniczne, puste zdrowaśki, ciche Msze, nudne modlitwy, godzinki, posty, suche dni, nowenny, procesje, surowa pobożność? My, katolicy spod znaku Vaticanum II musimy czuć pełnię radości na modlitwie, najlepiej z heretykami u boku, bo łączy nas ekumenia, czczy dialog prowadzący do zobojętnienia katolika na swą wiarę,   i oczywiście różne wizje Boga, który zmartwychwstał! Tak, ale pomyśl co przeszedł zanim powstał z martwych… 33 lata cierpienia, bólu, wyrzeczenia, głodu, smutku, odrzucenia, postu, umartwień, posłuszeństwa, zdrady bliskich, a wreszcie męki, tortur i ukrzyżowania…

I po tygodniu rutyny, pracy, znowu wracasz na quasi katolickie pranie mózgu, kąpiel w emocjach, subiektywnych doznaniach, które uzurpują sobie prawo do Ducha św., ośmieszają powagę świętej wiary katolickiej i profanują katolickie, pełne ciszy świątynie. 

A gdy przyjdzie świrusik, z 0,03% umieralnością, blady strach i zasłona kłamstwa zaciemnia serce, zaczynamy wierzyć wichrzycielom nowego ładu i drżą katolicy „nowego adwentu”, ich „silna” emocjami wiara łamie się pod butem totalitaryzmu sanitarnego, segregacji rodem z obozów, nagle mentalność niewolnika, przywiązanie do materializmu i „świntego” spokoju jest ważniejsze niż cześć dla Ciała Boga, najważniejsze moje ciało, moje zdrowie, moje ego, moja przyjemność, mój luksus, moje życie. Naraz zawsze wolni, poddają się absurdalnym obostrzeniom, chodzą na sznurku panów, wykonując posłusznie najdurniejsze rozkazy, nie jeżdżąc rowerem, nie biegając po lesie, nie odwiedzając babci i matki, licząc ilość gości na święta, dusząc się własnym CO2 i patogenami, na koniec bezczeszcząc Sanctissimum, Ciało Chrystusowe, bo nie wierzą, nigdy nie mieli wiary, gdyż nie budowali na skale, cnotach, rozumie, woli i miłości do prawdy, a emocjach… Przeraził ich kolczasty pomidor z wizji grafika w telewizorni. Bo co reżimówka i naczelny prezes powie jest święte, a to co naprawdę Święte można zdeptać na posadzce Kościoła, bo wierzą bardziej władzy świeckiej niż Boskiej, bardziej „eksperckim głowom” niż mądrości Kościoła, kilku nieuczciwym, sprzedanym, skorumpowanym lekarzom niż Doktorom Kościoła, wierzą fantazjom mediów niż własnym oczom i zdrowemu rozsądkowi. Wolą zdeptać Boga, bo i tak utracili wiarę i nie wiedzą po czym stąpają. Sami z siebie szafarzy czynią, dotykając niekonsekrowanymi dłońmi najwyżej Świętości. A w najmniejszej okruszynie Hostii JEST CAŁY BÓG, ze swoim Bóstwem i Ciałem. 

ECCE HOMO! Zdeptany, sprofanowany nieświętymi dłońmi ludzi, opluty, spuszczony do wc, wytarty w brudny but, zamknięty w pustym kościele, odebrany wiernym podczas Mszy świętej, z fałszywej miłości do bliźniego…

Kto nie poznał Boga i Jego jedynego Kościoła umysłem, wolą i sercem, kto nie doświadczył ciszy i piękna Mszy wszech czasów, ten nie zna Boga, przebywającego tylko w ciszy, sanktuarium ludzkiej duszy.

Ostatnie wpisy:

Feminizm. Zaraza gorsza niż najbardziej zjadliwy wirus.

Feminizm. Zaraza gorsza niż najbardziej zjadliwy wirus.

Feminizm. Zaraza gorsza niż najbardziej zjadliwy wirus. Choroba, która toczy serca i umysły kobiet od ponad wieku. Zarażone tym schorzeniem kobiety, tracą to co stanowi o ich pięknie, konstytuuje ich naturę niezwykłości, kobiecości, wyjątkowości. Quasi kobiety tracą...

Jeśli chcesz zniszczyć wiarę, ośmiesz ją

Jeśli chcesz zniszczyć wiarę, ośmiesz ją

Dlaczego katolicy się sprotestantyzowali, a nie protestanci "skatolicyzowali"? Dlaczego to my cofnęliśmy się o 500 lat na Soborze Watykańskim kłaniając się Lutrowi, który mówił "Bóg najpierw stał się szatanem zanim stał się Bogiem”, łaska nas zbawia a nie praca z...