Jedyne, ostatnie remedium na gigantyczny kryzys w Kościele

4 lipca 2022 | Aktualności, Analizy

 
 
Jednym z najgroźniejszych zjawisk, subtelnie wsączających się w rozdartą tkankę Kościoła katolickiego, jest jego protestantyzacja. Przybierająca wiele zdradliwych i trudno dostrzegalnych form, płynących wprost z lukrowanej narracji o Lutrze, gloryfikującej jego ciemną postać, umniejszającej makabryczny obraz jego rewolucyjnych działań i rozgrzeszającej zło jakie uczynił Kościołowi, którego reperkusje odczuwamy do dziś.
 
Przez wielbicieli kanonizowany, porównywany do cnotliwych doktorów Kościoła, dla innych walczący z rzekomą degrengoladą moralną ówczesnego Rzymu. Stawiany na piedestale bohatera i wyzwoliciela ciemiężonych wiernych, spod władzy papieskiej.
Prawda jednak krzyczy z kart historii coraz odważniej, przedzierając się przez kłamliwy klangor propagandy.
 
Kościół, który wyświęcił na kapłana św. o. Maksymiliana Kolbe nauczał, że wyznawanie prawd wiary i dogmatów należy przyjąć bez zastrzeżeń. Nie wolno nawet Aniołowi z nieba, ani jednej joty Ewangelii zmienić, bo jeśliby ktoś głosił inną Ewangelię, będzie przeklęty. Przyjrzyjmy się za jakie dokonania i cnoty – Luter zaciekły heretyk i rewolucjonista – powinien być rozpoznawany.
Za grzech pychy objawiający się w jego pismach i publicznych wypowiedziach. Uwidaczniający się w pogardliwym i nienawistnym traktowaniu katolików czy Żydów. Za cudzołóstwo i niewierność celibatowi, za bycie mężem eks siostry zakonnej, odziedziczenie po nader agresywnym ojcu skłonności do bijatyk, pieniactwa, pijaństwa i talent do produkowania obelżywych i sprośnych obrazków o Papieżu, których wstydzą się protestanci. Za zamordowanie studenta w pojedynku, które przywiodło go do klasztoru w celu ochrony własnego życia przed karą śmierci.
 
Jeśli to zbyt mało, to napewno zasłużył sobie na miano roztropnego męża stanu, nawołując do rozpętania na masową skalę krwawej rebelii w Niemczech w 1525 roku, przeciwko buntującym się chłopom i prostemu ludowi katolickiemu, w wyniku której zginęło w trakcie tortur, jak podają źródła, nawet 300 tys. katolików. Oddajmy w tej sprawie głos samemu Lutrowi.
 
„(…) A więc pierwszy, który zabije, czyni słusznie i dobrze. Gdyż, jeśli człowiek jest otwarcie buntownikiem, każdy inny jest jego sędzią i katem, tak jak wówczas, gdy wybucha pożar: pierwszy, który go ugasi, jest najlepszym z ludzi. Albowiem bunt nie jest prostym zabójstwem, ale jest jak wielki pożar, atakujący i pustoszący cały kraj. Stąd rebelia przynosi ze sobą kraj pełny morderstw i rozlewu krwi, zostawia po sobie wdowy i sieroty i wywraca wszystko do góry nogami, jak największa z katastrof. A zatem niech każdy, kto może, uderza, zabija, dźga w tajemnicy i otwarcie, pamiętając, że nie może być nic bardziej trującego, szkodliwego czy diabelskiego niż buntownik. Przypomina to po prostu sytuację, kiedy należy zabić wściekłego psa: jeśli go nie uderzysz, on uderzy ciebie, a wraz z tobą cały kraj.”
 

Na domiar złego William L. Shirer w swej znanej książce Powstanie i upadek Trzeciej Rzeszy  przybliża kwestię wpływu polityki Lutra na Hitlera. Twórca luteranizmu obnosił się z antysemityzmem w swoich rozprawach, z namiętną odrazą i agresją odnosił się do nacji żydwskiej. Postulował wymordować rabinów, wypędzić Żydów, radził by pozbawiono ich „całej gotówki, klejnotów, srebra i złota, by ich synagogi spalić, a ich domy zburzyć i zniszczyć i żeby umieścić ich pod dachem albo w stajni, w niedoli i niewoli”.

 

Pychę Marcina Lutra obnaża przeświadczenie, iż swoje słowa uważał za przejaw woli Boga i jeśli ktoś sprzeciwiał się jego nauce, sprzeciwiał się samemu Bogu i był oceniany jako głupi, zły lub niewierny. W swojej zuchwałości zaszedł tak dalece, że nazwał Boga Szatanem, twierdząc w swoim  najgłośniejszym traktacie, iż Bóg musi najpierw stać się Szatanem, by stać się Bogiem. Takich herezji nie ukuli nawet najbardziej przewrotni Faryzeusze. Sprowadził Boga do kategorii świata, materii, tego co się staje, a nie tego co JEST odwieczne. Odebrał wiernym rdzeń naszej wiary- sakramenty święte, poprzez które łączymy się ze Stwórcą. Małżeństwo sprowadził do umownego, cywilnego kontraktu, a Mszę świętą do nabożeństwa, pamiątki, z odrzuceniem realnej obecności Ciała Jezusa Chrystusa w Najświętszej Hostii.
 
Wyrzucił też wszystkie fragmenty z Pisma św. odwołujące się do źródła jego herezji, czyli usprawiedliwienia otrzymywanego tylko przez wiarę, zezwalając swoim wyznawcom na grzeszne życie w zuchwałym i zatwardziałym przekonaniu o miłosierdziu Bożym, które jest grzechem przeciw Duchowi świętemu. List św. Jakuba, mówiący, że wiara bez uczynków jest martwa, Luter wyrzuca na śmietnik, podobnie jak kilka innych Ksiąg NT i ST. Usprawiedliwił najbardziej grzeszne czyny, bowiem Bóg w swoim miłosierdziu wszystko wybacza. 
 
Czy nie przypomina to dzisiejszej idei fałszywego miłosierdzia, które panoszy się także wśród katolików? Fałszowanie prawdziwego obrazu Chrystusa, uwydatniające jedynie Jego miłosierne oblicze, ma opłakane skutki dla wiernych. Bóg bowiem jest także sędzią sprawiedliwym karzącym za grzechy. Głosząc, że przymiotem Boga jest głównie miłosierdzie i eliminując aspekt Bożej sprawiedliwości skazuje się człowieka na wieczną zgubę. Jezus natomiast siedzi po prawicy Ojca i przyjdzie, by osądzić żywych i umarłych.
 
Iluż dzisiaj katocelebrytów, katolickich z nazwy blogerów, głosi nową naukę przeżartą duchem protestantyzmu, uwypuklającą jedynie wygodne fragmenty Ewangelii, dewaluując jej przesłanie i deformując przekaz. Przykładem jest moda na ewangelię sukcesu, fałszywe miłosierdzie, fałszywe posłuszeństwo, charytatywność, modę na „robienie dobra”, uzdrawianie przez osoby świeckie bez misji kanonicznej, uwielbienie Boga bez uprzedniej skruchy, głoszenie, że Jezus nie chce byśmy chorowali i dźwigali swój krzyż.
 
Herezja modernizmu i protestantyzmu, jak wirus wszczepia się w krwiobieg wspólnoty katolickiej i zanieczyszcza ją od wewnątrz. Wielu katolików, nie znając źródeł i okoliczności w jakich zrodziła się ideologia Lutra, tkwi w błędnych przekonaniach o wolności religijnej i ekumenizmie, zapominając, że Kościół przedsoborowy i o. M. Kolbe nazywał protestantów heretykami.
 
Dzisiaj termin heretyk wyszedł z uzusu, jest zbyt zero jedynkowy, jaskrawy i dobitny. Dziś klei się definicje z ładnie brzmiącej i nietrwałej gliny poprawności politycznej, okrągłych, wzniosłych hasełek, kwiecistych, miękkich, wyzbytych militarnego anturażu twierdzeń. 
 
Przedsoborowy Kościół jest dla wielu zbyt zmurszały i radykalny, odrzucony z racji rzekomego zestarzenia się,  „pomarszczenia” od wiekowej, zdrowej wiedzy katolickiej, której gorzki smak jak dobry lek jest wypluwany. Dzisiejszy świat zarasta trującym bluszczem nowomowy, która odrywa się od korzeni, Tradycji i Ojców Kościoła, wykorzystując aparat semantyczny i pojęciowy zapożyczony od chrześcijaństwa. 
 
Dlatego starość wypędzona jest przez nowość, młodość i nowinkarstwo. Tak jakby Kościół zależny był od praw czasu i rządził się tymi samymi regułami co postępująca technologia. W Kościele nie ma pojęcia nowe i stare, nie istnieje kult postępu, ale jest prawda i kłamstwo niezależna od czasu.
 
Dlatego nową formą miłosierdzia jest tolerancja, w dodatku dla jawnego zła. Prawo do zbawienia, wyparło prawo do wolności religijnej. Hierarchię wymieniono na równość. Kłamstwo i półprawdy ceni się wyżej niż prawdę, a jej głoszenie staje się jak mówił Orwell czynem rewolucyjnym. Wiarę nazywa się poglądami i sprowadza do poziomu prywatnej opinii. Bojowanie Kościoła walczącego na ziemi, polegające na nawracaniu siebie i innych oraz walkę z grzechem, zastępuje się dialogiem, poklepywaniem po ramieniu, współistnieniem w fałszywej jedności wszystkich denominacji chrześcijańskich pomijając prawdę o Chrystusie.
Jedność i ekumenia resetują wysiłki ku nawróceniu innowierców i heretyków na Świętą Wiarę Katolicką. Ekumenizm i dialog międzyreligijny chowa się za pustymi deklaracjami, pobożnymi szyldami pozbawionymi światła prawdy. A nade wszystko milczenie w czasach naporu rewolucji neomarksistowskiej staje się formą wygodnej dezercji ze stanowiska orędownika i obrońcy prawdy.
 
Nazywanie protestantyzmu herezją, lgbt zboczeniem staje się zbrodnią przeciw poprawności politycznej. Z racji tej poprawności, wyrzucono za czasów Jana XXIII z Liturgii Wielkopiątkowej słowo „wiarołomny” w odniesieniu do Żydów odrzucających Chrystusa, ponieważ jednoznacznie wskazują na domniemany antysemityzmem. Wielu działaczy kościoła, uważa że dialog z protestantami jest bezowocny. Ani luteranie ani katolicy, nie znajdują punktu stycznego dla swoich przekonań. Czy możliwe jest pojednanie gdy zmuszeni jesteśmy do bolesnego kompromisu i rezygnacji z własnych zasad i wiary w dogmaty? A przecież podziały między nami leżą na niwie dogmatycznej i doktrynalnej. Jedność może mieć miejsce tylko wówczas, gdy Kościół spełniając wobec innowierców obowiązek ich nauczania i nawracania, przywraca ich na łono Kościoła. 
 
Nie można spotkać się w owocnym dialogu, bez stawania w prawdzie historycznej jak i doktrynalnej. Tylko intelekt ochrzczony i oświecony Prawdą – jedyną obiektywną bytowością – niezależną od opinii, idei i niezaśmiecony ideologiami jest w stanie przyjąć Prawdę. Ekumenizm ukształtował przeświadczenie, że wszystkie religie są dobre i noszą w sobie ziarno prawdy, więc po co dbać o nawracanie innych, skoro i tak wszyscy będziemy zbawieni.
 
Jaki więc ma sens nawracanie i pokazywanie prawdy o Jezusie wyznawcom innych religii skoro, sam Papież zniechęca publicznie do postaw ewangelizacyjnych np. wobec Żydów? Co powiedziałby o tym dziś św. M. Kolbe nazywający Żydów niewiernymi? Dzisiaj zostałby odsunięty od publicznej działalności, za promowanie zdrowej nauki katolickiej i postawę prozelityzmu. A przecież spełniamy wobec brata największy uczynek miłosierdzia co do duszy pouczając go, ponieważ ratujemy jego duszę od zatracenia.
 
Jak niepełny jest wizerunek Jezusa u protestantów, skoro ich założyciel okroił Chrystusa z boskości i świętości, uznając, że umarł za siebie samego, odkupiając jedynie swoje grzechy, ponieważ był sprawiedliwy i grzeszny jednocześnie. Czy takie tezy można pogodzić w dialogu pomiędzy katolikiem i protestantem? Zdaje się, że część Kościoła zapomina o misji nawracania wynikającego wprost z nakazu misyjnego Jezusa „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony.
 
Zagrożenie katolicyzmu liberalnego, postępowego czy modernistycznego polega na uznawaniu za normę tego co przez tysiąclecia Kościół uznawał za zło, rozmydlaniu duchowości katolickiej, wciąganiu katolików w szum na stadionach, spotkania w zielonoświątkowym duchu, prowadzonym przez niewiadomej maści „uzdrowicieli” bez potwierdzonych medycznie cudów. 
 
A jedyne czego potrzeba wierzącym to ugruntowana w Tradycji formacja katolicka. Nie zabawa pod ołtarzem i klaskanie wokół stołu Pańskiego, nie chwalenie Pana tańcem w miejscu świętym, nie wodzirejstwo i showmani prowadzący spotkania uwielbieniowe wabiące wiernych szukających wrażeń, emocji, uzdrowień, traktujących Boga jak dystrybutora dóbr.
 
Potrzeba nam modlitwy kontemplacyjnej, nie konwulsji na podłodze, ale mistyki i misterium Mszy świętej, pokoju serca płynącego z nawrócenia. Kościół, który układa się ze światem i dostosowuje Chrystusa do niego, przestaje być kościołem odrzuconym, prześladowanym, znienawidzonym jak Mistrz. Idzie na kompromis, nabiera miałkości. Jest ziemski, dla wszystkich fajny, chwiejny w poglądach, z wesołkowatym uśmieszkiem układający się z siłami wroga. Orzeźwiająca dla świata właściwość Kościoła – jako soli ziemi, będącego znakiem sprzeciwu, rozpuszczona jest w mętnej substancji ideologii i politpoprawności.
 
Ustami niektórych liberalnych kapłanów popiera się to, co było od wieków przez Magisterium potępiane – jak uznanie homoseksualizmu, komunia święta przyjmowana przez rozwodników czy interkomunia. Mowa wielu przedstawicieli Kościoła przestaje być czysta i nacechowana dualizem tak tak, nie nie.
 
Remedium na powszechne zagubienie stanowi Msza Trydencka, która zawiera 100% katolickości, czystość doktrynalną jaśniejącą w pięknie obrzędów, celebracji sacrum, spójnych, ścisłych formułach teologicznych, surowych rubrykach, przemyślanych gestach i zwrotach odbijających Mękę naszego Pana. Jest pełna znaków krzyża, które powtarzają się wielokrotnie, zasobna w słowa pełne prawd wiary, stanowiących nieprzejednaną zaporę przeciw zainfekowaniu herezją.
 
Zachwyca w niej uroda języka łacińskiego, języka egzorcyzmów, którego boi się demon. Zdumiewa i olśniewa klejnot muzyki sakralnej, jaką jest chorał gregoriański oraz Chrystocentryczny charakter Mszy stanowiącej definicję Najświętszej Ofiary Jezusa, składanej w naszym imieniu przez kapłana Bogu, a nie jak jest w definicji Novus Ordo – zgromadzenia wiernych i uczty.
 
Msza Trydencka powstała z ujednolicenia starożytnych rytów jak: dominikański, rzymski, galicki, ambrozjański.
Jest szczytową i najdoskonalszą formą czci oddawanej Bogu. Warto tu wspomnieć, że żaden papież w historii nie odważył się dokonać tak radykalnych zmian w liturgii jakie dokonał Paweł VI, także przy pomocy protestanckich obserwatorów, dla których mniemam, kluczowym było upodobnienie Novus Ordo do ich nabożeństw i wykluczenie z niej treści dla nich gorszących. Nowa Liturgia na wiele sposobów zniekształca obraz wiary. Jest przedstawiana głównie jako wieczerza, a Osoba i Bóstwo Chrystusa są drugorzędne. Formuła Mszy pozwalała na nadużycia jakie miały już miejsce w latach 70. Aspekt piekła, potępienia, grzechu, Sądu Ostatecznego, doskonałości Chrystusa, męczeństwa i ascezy, są w treściach liturgii poboczne. Kazanie stanowi centrum Eucharystii, a nie kulminację jaką jest konsekracja odprawiana często pośpiesznie i bez nabożności. 
 
W poczuciu obowiązku i zgodnie z sumieniem, należy w czasach zamętu uciec się do tego co było zawsze, powszechne, niezmienne i sprawdzone przez Doktorów Kościoła, Świętych i Urząd Magisterski od czasów Apostołów. Do Świętej Tradycji Kościoła – krystalicznego źródła wiary. Nasze zadanie to zdobywanie wiedzy, modlitwa, post i walka o zbawienie. A kiedy będzie trzeba, obrona odwiecznych prawd katolickich w obliczu prób, nie lękając się oskarżeń, odrzucenia czy prześladowań, gdyż Jezus obiecał „Jestem z Wami aż do skończenia świata”.

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Ostatnie wpisy: